Emerytura, która okazała się trudna
Jak wspomina pan Jan, przejście na emeryturę wcale nie przyniosło mu oczekiwanego spokoju. Wręcz przeciwnie - brak codziennego rytmu i zajęcia szybko zaczął mu doskwierać.
Zająłem się zegarami, dlatego że to lubię, ale też dlatego, że takie możliwości lokalowe mam. Nie mam możliwości robienia czegoś lepszego, czegoś większego
- mówi Korso pan Jan.
Wtedy właśnie jego uwagę przyciągnęły stare zegary. Nie interesowały go jednak egzemplarze gotowe do postawienia na półce. Największą przyjemność dawały te, które wymagały pracy, cierpliwości i przywrócenia do życia.
Nie kupuje gotowych. Naprawia i odnawia
Pan Jan zaczął samodzielnie uczyć się budowy mechanizmów, ich naprawy oraz renowacji obudów. Jak przyznaje, wiedzę zdobywał stopniowo, metodą prób i błędów.
Nie kupuję gotowych, ale takie, nad którymi pracuję. Naprawiam mechanizmy i robię renowację. Renowacji nauczyłem się zupełnie sam, ale mam wsparcie pana Babuli. To wspaniały człowiek, nigdy mi nie odmawia porady. Tym bardziej, że rozumie, jak bardzo chorowałem, gdy przeszedłem na emeryturę. Powiedziałbym, że to jest mój lekarz
- mówi pan Jan.
Mowa o Mirosławie Babuli, znanym w Mielcu zegarmistrzu, do którego pan Jan zwraca się w szczególnie trudnych przypadkach.
Uczyłem się stopniowo. Zdarzało mi się zepsuć zegar, ale to było wliczone w cenę. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Cierpliwość jest tu kluczowa.
Na początku swojej emerytalnej przygody zajmował się także zegarkami ręcznymi. Dziś zdecydowanie bardziej pociągają go większe mechanizmy - zegary ścienne, stojące i nakręcane.
Ponad 70 zegarów w jednym mieszkaniu
Historia pana Jana pokazuje, że warto mieć pasję i zamiłowanie do piękna. Praca z zegarami to bez wątpienia troche sztuka, a jak radził Kurt Vonnegut „Uprawiaj dowolną sztukę ... nie po to by zyskać pieniądze i sławę, ale by doświadczyć stawania się, by odkryć co kryje się w Twoim wnętrzu". Pan Jan nie prowadzi sklepu, nie handluje zegarami i nie traktuje swojej pasji jako sposobu na zarobek. Robi to dla przyjemności.
Najbardziej lubi samo dłubanie przy mechanizmach, nakręcanie, regulowanie i moment, w którym niesprawny wcześniej zegar ponownie zaczyna chodzić.
Kiedy odwiedziliśmy pana Jana około godz. 16:00, mogliśmy przekonać się, jaki efekt daje zgromadzenie tylu czasomierzy w jednym miejscu. W ciągu zaledwie kilku minut kolejne zegary zaczęły wybijać pełną godzinę i odgrywać swoje kuranty. Efekt jak na koncercie. Mieszkanie na chwilę zamieniło się w rozśpiewaną katedrę.
Pan Jan pokazał nam swoją kolekcję, która liczy ponad 70 zegarów i zegarków. Są wśród nich klasyczne zegary nakręcane, egzemplarze z ciężarkami i kunsztownymi mechanizmami, a także mniejsze czasomierze i zegarki ręczne. Niektóre mają nietypowe formy - przypominają klucze, kotwice czy niewielkie pudełka. Każdy z nich jest inny i każdy ma własną historię.
Zegary przejęły salon, kuchnię i balkon
Jak zdradza żona pana Jana, na początku pasja męża miała mieć swoje wyraźnie wyznaczone granice. W mieszkaniu został nawet określony swoisty "zegarowy teren", poza który kolekcja nie miała wychodzić.
Plan nie przetrwał długo.
Z czasem zegary zaczęły pojawiać się w kolejnych pomieszczeniach. Dziś są w salonie, kuchni, innych częściach mieszkania, a nawet... na balkonie.
Na szczęście jest jedna zasada, której małżeństwo przestrzega konsekwentnie - w nocy zegary nie wybijają godzin.
Dla pana Jana najważniejsza pozostaje jednak nie liczba zgromadzonych egzemplarzy, lecz samo zajęcie. Renowacja zegarów dała mu po przejściu na emeryturę coś, czego bardzo potrzebował - codzienny cel, cierpliwe wyzwanie i satysfakcję z tego, że kolejny stary mechanizm znów zaczyna odmierzać czas.
Komentarze (0)